Search in Blog

O miłości, która nigdy się nie kończy CZĘŚĆ PIERWSZA

Część pierwsza

 

Brad wyglądał staro jak na swój wiek. Być może przez swoją fryzurę, która razem z długą brodą przypominała ten śmieszny krzak, który skacze po pustyni, niesiony suchym wiatrem. Być może z powodu skóry spieczonej słońcem, którą pokrywała mieszanka słonego potu i szarego kurzu. A być może dlatego, że chodził w niemiłosiernie zniszczonych skórzanych butach, których podeszwy trzymały się na przysłowiowe słowo honoru. Trudno powiedzieć, dlaczego.

 

Zresztą, nikt nigdy go o to nie pytał. W ogóle mało kto z nim rozmawiał. W zasadzie to chyba nie było takiej osoby. Bradowi musiało to ciążyć, bo często mruczał pod nosem sam do siebie, kiedy szedł środkiem drogi, pchając wielki wózek z makulaturą. Mężczyzna mieszkał na samym końcu wąskiej ulicy znajdującej się na przedmieściach, w drewnianym czymś, co z daleka przypominało skład na narzędzia. Odkąd pamiętał, był sam jak palec. Sam, samotny, samiusieńki.

 

Dwie przecznice dalej stał dom Lisy. Odziedziczyła go po rodzicach. Wszyscy myśleli, że jest starą panną, bo nigdy nie widziano jej w towarzystwie żadnego mężczyzny, ale prawda była bardziej okrutna. Straciła swojego męża w niecały rok po ślubie. Wyjechał na misję wojskową, żeby zdobyć pieniądze na wymarzoną ciężarówkę. Chciał założyć firmę transportową. Niestety, coś poszło nie tak i podobno nie wrócił z nocnego patrolu. Tragiczna wiadomość spowodowała u kobiety tak ciężki szok, że na trzy miesiące trafiła do szpitala, którego nazwy nie wypadało wypowiadać w towarzystwie.

 

***

 

Lisa wstawała codziennie przed świtem i piekła ciasta na zamówienie. Kiedy o siódmej rano otwierała na oścież okno w kuchni, cała dzielnica zaczynała tonąć w morzu subtelnych zapachów. Powietrze dźwięcznie wibrowało nutami słodkiej czekolady, zmysłowej wanilii, rozgrzanego cynamonu i całą gamą innych aromatów, które za każdym razem wywołują niecierpliwe burczenie w brzuchu.

 

Dobrze wiedziała, jak sprawić, by podniebienia jej klientów raz po raz lądowały w siódmym niebie. Znała kulinarne sztuczki, dzięki którym mogłaby bez żadnej nawigacji trafić do serca każdego mężczyzny. Nigdy jednak nie wykorzystała tej wiedzy. Nie wierzyła, że będzie jeszcze w stanie kogoś pokochać. Jej mąż, z którego stratą nigdy się nie pogodziła, był pierwszą, największą i jedyną miłością jej życia.

W południe, kiedy ostatni klient zapłacił już za ostatnie ciasto, Lisa wychodziła z domu i szła na pobliski cmentarz. Siadała przy starym grobie i zaczynała rozmawiać z człowiekiem, który czterdzieści lat wcześniej zostawił ją samą, samotną, samiusieńką. Zwierzała mu się ze swoich trosk, opowiadała ze śmiechem o tym, co ją spotkało i co obejrzała w telewizji.

 

Czasami milkła na chwilę, jakby chciała się dokładnie wsłuchać w jego odpowiedź. Potem ukradkiem ocierała maleńką łzę, która pojawiała się w kąciku oka, poprawiała fryzurę, całowała koniuszki swoich palców i lekko muskała nimi płytę nagrobną, po czym z pośpiechem wychodziła na ulicę.

 

Po drodze wpadała jeszcze do swojej sędziwej ciotki, która była tak nieprzyzwoicie stara, że powoli zaczynali się nią interesować profesorowie archeologii z miejskiego uniwersytetu. Kobieta częstowała Lisę wyborną angielską herbatą, zasiadała w głębokim fotelu, zamykała oczy i zamieniała się w słuch. Tak mijał Lisie dzień za dniem.

 

***

 

Pewnego popołudnia, kiedy po wizycie na cmentarzu i odwiedzinach u ciotki doszła wreszcie do domu, zauważyła paczkę leżącą na trawniku. Schyliła się, żeby ją podnieść i nagle krzyknęła. Na górze, obok rzędu znaczków pocztowych, ktoś wykaligrafował grubym flamastrem imię i nazwisko jej męża.

 

Przez głowę kobiety przeleciała w jednej sekundzie cała chmara czarnych myśli. Już miała otworzyć przesyłkę, żeby sprawdzić, czy w środku są jakieś osobiste przedmioty jej ukochanego, kiedy na odwrocie opakowania zauważyła adres. Miasto i dzielnica były prawidłowe, ale ulica i numer domu – nie.

 

Lisa drżącymi rękami rozerwała opakowanie. Z jednej strony była strasznie ciekawa, co jest w środku. Z drugiej, obawiała się tego, co znajdzie w jej wnętrzu. Wzięła głęboki oddech, przeżegnała się i… zobaczyła męskie skórzane pantofle. Nowe, zupełnie nowe.

 

I zupełnie takie same, w jakich kiedyś chodził jej mąż.

Czytaj dalej

 (6)    0

Your comment has been sent successfully. Thanks for comment!
Leave a Comment
Captcha
# 2022 © Crobbe All rights reserved.