Opowieść o miłości, która nigdy się nie kończy

Rozdział pierwszy

 

Brad wyglądał staro jak na swój wiek.

Być może przez swoją fryzurę, która razem z długą brodą przypominała ten śmieszny krzak, który skacze po pustyni, niesiony suchym wiatrem. Być może z powodu skóry spieczonej słońcem, którą pokrywała mieszanka słonego potu i szarego kurzu. A być może dlatego, że chodził w niemiłosiernie zniszczonych skórzanych butach, których podeszwy trzymały się na przysłowiowe słowo honoru. Trudno powiedzieć, dlaczego.

 

Zresztą, nikt nigdy go o to nie pytał. W ogóle mało kto z nim rozmawiał. W zasadzie to chyba nie było takiej osoby. Bradowi musiało to ciążyć, bo często mruczał pod nosem sam do siebie, kiedy szedł środkiem drogi, pchając wielki wózek z makulaturą. Mężczyzna mieszkał na samym końcu wąskiej ulicy znajdującej się na przedmieściach, w drewnianym czymś, co z daleka przypominało skład na narzędzia. Odkąd pamiętał, był sam jak palec. Sam, samotny, samiusieńki.

 

Parę przecznic dalej stał dom Lisy. Odziedziczyła go po rodzicach. Wszyscy myśleli, że jest starą panną, bo nigdy nie widziano jej w towarzystwie żadnego mężczyzny, ale prawda była bardziej okrutna. Straciła swojego męża w niecały rok po ślubie. Wyjechał na misję wojskową, żeby zdobyć pieniądze na wymarzoną ciężarówkę. Chciał założyć firmę transportową. Niestety, coś poszło nie tak i podobno nie wrócił z nocnego patrolu. Tragiczna wiadomość spowodowała u kobiety tak ciężki szok, że na trzy miesiące trafiła do szpitala, którego nazwy nie wypadało wypowiadać w towarzystwie.

 

***

 

Lisa wstawała codziennie przed świtem i piekła ciasta na zamówienie. Kiedy o siódmej rano otwierała na oścież okno w kuchni, cała dzielnica zaczynała tonąć w morzu subtelnych zapachów. Powietrze dźwięcznie wibrowało nutami słodkiej czekolady, zmysłowej wanilii, rozgrzanego cynamonu i całą gamą innych aromatów, które za każdym razem wywołują niecierpliwe burczenie w brzuchu.

 

Dobrze wiedziała, jak sprawić, by podniebienia jej klientów raz po raz lądowały w siódmym niebie. Znała kulinarne sztuczki, dzięki którym mogłaby bez żadnej nawigacji trafić do serca każdego mężczyzny. Nigdy jednak nie wykorzystała tej wiedzy. Nie wierzyła, że będzie jeszcze w stanie kogoś pokochać. Jej mąż, z którego stratą nigdy się nie pogodziła, był pierwszą, największą i jedyną miłością jej życia.

 

W południe, kiedy ostatni klient zapłacił już za ostatnie ciasto, Lisa wychodziła z domu i szła na pobliski cmentarz. Siadała przy starym grobie i zaczynała rozmawiać z człowiekiem, który czterdzieści lat wcześniej zostawił ją samą, samotną, samiusieńką. Zwierzała mu się ze swoich trosk, opowiadała ze śmiechem o tym, co ją spotkało i co obejrzała w telewizji.

 

Czasami milkła na chwilę, jakby chciała się dokładnie wsłuchać w jego odpowiedź. Potem ukradkiem ocierała maleńką łzę, która pojawiała się w kąciku oka, poprawiała fryzurę, całowała koniuszki swoich palców i lekko muskała nimi płytę nagrobną, po czym z pośpiechem wychodziła na ulicę.

 

Po drodze wpadała jeszcze do swojej sędziwej ciotki, która była tak nieprzyzwoicie stara, że powoli zaczynali się nią interesować profesorowie archeologii z miejskiego uniwersytetu. Kobieta częstowała Lisę wyborną angielską herbatą, zasiadała w głębokim fotelu, zamykała oczy i zamieniała się w słuch. Tak mijał Lisie dzień za dniem.

 

***

 

Pewnego popołudnia, kiedy po wizycie na cmentarzu i odwiedzinach u ciotki doszła wreszcie do domu, zauważyła paczkę leżącą na trawniku. Schyliła się, żeby ją podnieść i nagle krzyknęła. Na górze, obok rzędu znaczków pocztowych, ktoś wykaligrafował grubym flamastrem imię i nazwisko jej męża.

 

Przez głowę kobiety przeleciała w jednej sekundzie cała chmara czarnych myśli. Już miała otworzyć przesyłkę, żeby sprawdzić, czy w środku są jakieś osobiste przedmioty jej ukochanego, kiedy na odwrocie opakowania zauważyła adres. Miasto i dzielnica były prawidłowe, ale ulica i numer domu – nie.

 

Lisa drżącymi rękami rozerwała opakowanie. Z jednej strony była strasznie ciekawa, co jest w środku. Z drugiej, obawiała się tego, co znajdzie w jej wnętrzu. Wzięła głęboki oddech, przeżegnała się i… zobaczyła męskie skórzane pantofle. Nowe, zupełnie nowe.

 

I zupełnie takie same, w jakich kiedyś chodził jej mąż.





Rozdział drugi

 

Niektórych emocji nie da się powstrzymać.

 

Nagle, nie wiadomo dlaczego, podbródek sam z siebie zaczyna drżeć, a oczy momentalnie pokrywają się cienką warstwą mgły, która gęstnieje tak szybko, że po paru chwilach na rozpalone policzki spada deszcz słonych łez.

 

Tak, dziwna przesyłka zupełnie wytrąciła Lisę z równowagi. Nie tylko z powodu nazwiska adresata. Ten pokraczny styl pisma wydał jej się dziwnie znajomy. Postanowiła więc rozwiązać problem u samego źródła.

 

***

 

Podeszła do okienka. Położyła paczkę na marmurowej ladzie, odgarnęła włosy z czoła, chrząknęła, żeby zwrócić na siebie uwagę i powiedziała nieśmiało:

 

– Przepraszam, dostałam ją chyba przez pomyłkę.

– A co się stało? – zapytała służbowym głosem pracownica poczty.

– Nazwisko się zgadza, ale ten adres…

– Faktycznie, przecież pod numerem 432 od dawna nikt nie mieszka.

– No właśnie.

– To nie nasza paczka.

– Ale tu jest pieczątka…

– Podrobiona. Na sto procent.

– Rozumiem. Dziękuję za wyjaśnienie.

 

***

 

Lisa wzięła paczkę pod pachę i ruszyła w stronę domu, w którym podobno od dawna nikt nie mieszkał. Drzewa, które mijała po drodze, poruszały nienaturalnie swoimi gałęziami, jakby koniecznie chciały jej powiedzieć, żeby zawróciła, póki nie jest za późno. Słońce w ogóle nie chciało na to wszystko patrzeć, więc naciągnęło na siebie burzową chmurę i mocno ścisnęło kciuki za powodzenie jej misji.

 

Wreszcie stanęła przed domem numer 432. Choć mieszkała kilka, może kilkanaście przecznic dalej, miała wrażenie, że nigdy wcześniej tu nie była. Klamka w drzwiach pokryta była wieloletnią warstwą rudej rdzy, a smutne, poszarzałe okna porastały bluszczem gęstych pajęczyn. Lisa zrozumiała, że nic tu po niej.

 

Zbiegając z pośpiechem po schodach prowadzących do ganku, prawie zderzyła się z Bradem, który mieszkał dobre kilkadziesiąt metrów od opuszczonego domu. Mężczyzna przydreptał sprawdzić, kto kręci się po okolicy. Chwycił przestraszoną kobietę za rękę i zaczął coś mamrotać pod nosem.

 

Mężczyzna był straszliwie zaniedbany. Pod każdym względem. Ostry, słodko-kwaśny zapach nigdy niezdejmowanego ubrania ogłuszył Lisę potężnym lewym sierpowym. Kiedy ocknęła się, zaczerpnęła powietrza i celnie zraniła Brada najostrzejszym przekleństwem, jakie wpadło jej do głowy, po czym mocno odepchnęła go od siebie. Sekundę później już pędziła w stronę swojego domu. Kiedy w końcu zwolniła, drzewa znowu stały znieruchomiałe, a słońce uciekało właśnie za horyzont, dyplomatycznie udając, że nic nie widziało.

 

***

 

Kiedy wieczór przebrał się wreszcie w nocną piżamę, Lisa położyła się do łóżka. Nie miała pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Ta dziwna przesyłka coraz bardziej wytrącała ją z równowagi. Wtargnęła z butami (i to dosłownie) w jej życie i skutecznie zburzyła spokój tak misternie budowany przez lata.

 

W dodatku kobieta miała wyrzuty sumienia, że potraktowała Brada gorzej niż psa. Postanowiła, że pójdzie rano naprawić swój błąd i zaniesie biedakowi najlepsze ciasto, jakie tylko ma w swoim repertuarze.

 

Zamknęła oczy i ciężko westchnęła. Kilkaset metrów dalej, w wypełnionej bibelotami sypialni, w której zapach naftaliny nigdy nie dopuszczał żadnych innych aromatów do głosu, jej ukochana stara ciotka zrobiła to samo.

 

Po raz ostatni w życiu.





Rozdział trzeci

 

Brad z pośpiechem pałaszował śliwkowe ciasto, od czasu do czasu biorąc głęboki oddech. W pewnej chwili zmrużył oczy i sięgnął pamięcią tak daleko, że zbliżył się do granicy, za którą rozciągało się bezkresne pole domysłów, przypuszczeń i marzeń sennych.

 

Zaczął coś gorączkowo szeptać pod nosem. Z jego obliczeń wynikało niezbicie, że nikt nigdy nie poczęstował go takim smakołykiem. Nikt nigdy go też nie odwiedził. I nikt nigdy nie potraktował go jak człowieka. Tak, ten dzień był naprawdę wyjątkowy.

 

Kiedy skończył, wstał, otarł zmierzwione wąsy, delikatnie chwycił dłoń kobiety i pocałował ją najczulej jak umiał.

 

– To ja już może pójdę. – Lisa spłoszyła się.

– Dziękuję, bardzo dziękuję, bardzo. – wymamrotał Brad.

– Do widzenia i jeszcze raz przepraszam.

– Dziękuję, bardzo dziękuję, bardzo dziękuję...

 

Lisa po raz ostatni spojrzała na to osobliwe królestwo, w którym każda z tysiąca rzeczy znalezionych Bóg jeden wie gdzie była tak samo ważna, po czym wyszła na ulicę. A Brad postanowił, że do końca życia nie będzie mył swojej dłoni. Nie chciał, żeby zniknął z niej zapach cudownej kobiety, która okazała mu więcej serca niż ktokolwiek wcześniej.

 

***

 

Nadszedł dzień odczytania testamentu. W kancelarii notarialnej, oprócz Lisy zjawiły się również dzieci i wnuki ciotki. Choć praktycznie nigdy nie odwiedzały swojej matki i babci, to na wieść o czekającym na nie spadku znalazły, w swoich napiętych do granic wytrzymałości grafikach, odrobinę wolnego czasu. Dom zmarłej był co prawda w stanie, który coraz bardziej balansował pomiędzy „do remontu” a „opłakany”, ale stał na sporej działce, na którą wielu deweloperów od dawna ostrzyło sobie zęby.

 

Do sali wszedł świetnie ubrany mężczyzna w średnim wieku. Przywitał wszystkich i od razu wziął się do pracy. Usiadł przy dębowym biurku, otworzył kopertę z testamentem, odczytał parę zdań wstępu i zatrzymał się. Zapadła cisza. Słychać było tylko głośne przełykanie śliny i brzęczenie młodej muchy, która od tygodnia chwaliła się koleżankom, że nic co ludzkie, nie jest jej obce.

 

– „Moim kochanym dzieciom i przemiłym wnukom, które tak chętnie i często mnie odwiedzały, wspierając w trudnych chwilach, mam do przekazania trzy słowa: dziękuję za wszystko. Natomiast dla Lisy, dla której byłam bardzo daleką, ale jednak krewną, mam dwie koperty...”

 

Notariusz nie zdążył doczytać zdania, kiedy przez salę przeszedł pomruk przypominający odgłos nadchodzącej burzy. Dzieci i wnuki nie miały pojęcia, kim jest ta cała Lisa i dlaczego w biały dzień bezczelnie kradnie ich pieniądze.

 

– Khm… khm… słucham? – Lisa była tak oszołomiona, że z wrażenia zaczęła nerwowo kaszleć.

 

– „Mam dwie koperty” - kontynuował notariusz. „W jednej jest coś, za co mnie pokochasz, a w drugiej coś, za co mnie znienawidzisz. Przez wiele lat zastanawiałam się, jak mam postąpić, więc uznałam, że najlepiej będzie, jeśli o wszystkim zadecyduje los.”

 

Notariusz wyjął ze skórzanej teczki dwie niewielkie koperty: białą i czarną.

 

– Tak, zmarła dołączyła do testamentu te właśnie koperty. Pani Liso, proszę wybrać jedną z nich. Druga pozostanie na zawsze zamknięta.

 

– Jeśli w jednej kopercie są dobre wiadomości, a w drugiej złe, to… – Lisa próbowała zyskać na czasie, choć tak naprawdę nie wiedziała, co powiedzieć. – … proszę otworzyć… kopertę w kolorze… czarnym.

 

– Bardzo proszę, oto zawartość czarnej koperty: kartka formatu A5 zapisana granatowym atramentem. Przeczytam teraz treść tej części testamentu: „Przekazuję ci, moja droga Liso, mój dom, wszystko, co się w nim znajduje oraz działkę, na której dom został zbudowany. Dodatkowo chcę ci podarować oszczędności, jakie udało mi się zgromadzić. Nie chcę, żeby moje dzieci i wnuki usłyszały, o jaką kwotę chodzi, dlatego podczas odczytywania tego testamentu poproś mecenasa o pokazanie ci tej liczby”.

 

Lisa podeszła do biurka. Wzięła kartkę do ręki, spojrzała na nią i prawie straciła przytomność. Jedno było pewne: stara, chuda i biedna ciotka musiała mieć w domu drukarnię pieniędzy. Albo nocami napadać na banki. Innej możliwości nie było.

 

***

 

Wieczorem notariusz po raz pierwszy złamał swoje zasady: otworzył drugą, białą kopertę, wyjął gęsto zapisaną kartkę i zaczął gorączkowo czytać. Słowo po słowie, zdanie po zdaniu, akapit po akapicie.

 

Po pierwszych paru linijkach nie był jeszcze do końca pewny, czy ta szalona myśl, która właśnie przyszła mu do głowy, to aby na pewno dobry pomysł. Ale kiedy doszedł do końca, nie miał co do tego absolutnie żadnych wątpliwości. Odruchowo spojrzał na zegarek.

 

15 września o godzinie 20.34 postanowił ożenić się z prawdopodobnie najbogatszą kobietą w mieście.





Rozdział czwarty

 

Notariusz nie chciał czekać, aż wokół Lisy zgromadzi się tłum mężczyzn gotowych bez mrugnięcia okiem wmawiać 60-letniej kobiecie, że jej uroda przyćmiewa wszystkie gwiazdy w galaktyce. Wystukał numer telefonu, otarł spocone czoło jedwabną chusteczką i zaczął najmilej jak umiał:

 

– Dzień dobry pani Liso, moje nazwisko…

– A, to pan… – Lisa od razu poznała głos, który wczoraj przekazał jej najdziwniejszą wiadomość w życiu.

– Tak, to ja. Czy mogłaby pani przyjechać dziś do mojej kancelarii?

– W jakiej sprawie?

– Czysto formalnej, muszę uzupełnić jeden dokument i właśnie…

– O piętnastej może być?

– Oczywiście, nie ma najmniejszego problemu.

– Zatem do zobaczenia.

 

***

 

Notariusz przez prawie pół roku próbował zdobyć względy Lisy. Robił to na dziesiątki sposobów: kwiatami, prezentami, uśmiechami, komplementami, a nawet ciastami. Nauczył się je piec, choć od dziecka miał okropną alergię na najdrobniejsze nawet kulinarne czynności.

 

Oszołomiona Lisa długo broniła się przed uczuciem, które zaskakująco łatwo łamało kolejne zabezpieczenia zamontowane w jej sercu. Bezskutecznie walczyła z natrętnymi myślami obezwładniającymi powoli całe ciało.

 

Popołudniami chodziła na cmentarz. Pytała męża, co ma robić. Prosiła go o jakiś znak. Wreszcie pewnego dnia powiedziała mu, że przeprasza za wszystko, ale dłużej tak nie wytrzyma.

 

***

Tymczasem notariusz przesuwał linię frontu coraz dalej, otaczając Lisę ze wszystkich stron. Raz po raz dawał jej do zrozumienia, że byłby dla niej najlepszym mężem pod słońcem. W końcu zaprosił ją do najdroższej restauracji w mieście.

 

– Liso, czy zechciałabyś…? – zaczął nieśmiało, kiedy skończyli jeść kolację.

– Nie ma mowy. To wykluczone.

– Nie pożałujesz…

– Nie, naprawdę nie.

– Czy to twoje ostatnie zdanie?

– Wiesz, są granice, których kobieta w moim wieku nie powinna przekraczać. Dla własnego dobra.

– To znaczy?

– Spójrz tylko na mój wzdęty brzuch.

 

Notariusz wybuchnął śmiechem.

 

– Wiem, że nie jestem idealna, ale dlaczego się ze mnie śmiejesz? - obruszyła się Lisa.

– Kochanie, bo ja…

– Chcesz mi coś powiedzieć? Daruj sobie.

– Chciałem zapytać… to znaczy poprosić… to znaczy dowiedzieć się, czy…

– Czy co?

– Czy chciałabyś się rozliczać razem ze mną? Wiesz, teraz weszły w życie bardzo korzystne ulgi podatkowe dla małżeństw…

– Prawdziwy romantyk z ciebie.

– Więc?

– Przemyślę sprawę i dam odpowiedź na piśmie w ciągu 14 dni. – Lisa wyraźnie droczyła się z mężczyzną, którego wysiłki sprawiły, że prawie zupełnie wymazała Brada ze swojej pamięci.

 

***

 

Ceremonia ślubna wchodziła w decydującą fazę. Pastor pewnym krokiem zmierzał do szczęśliwego finału, Lisa stała oszołomiona, a notariusz udawał, że trzyma fason. Od zdania „a teraz możecie się pocałować” dzieliły ich raptem trzy linijki tekstu.

 

Niemłoda już panna młoda spojrzała na równie niemłodego pana młodego. Popatrzyła mu głęboko w oczy, jakby chciała znaleźć tam odpowiedź na pytanie, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Wpatrywała się tak przez kilka sekund i nagle zrozumiała, że coś tu nie gra. Krzyknęła o wiele głośniej, niż chciała:

 

– Brad??

 

Notariusz pobladł, wyjął chusteczkę z kieszeni, otarł czoło i runął na ziemię.





Rozdział piąty

 

Czasami jedno czteroliterowe słowo ma większą siłę rażenia niż bomba, która z wściekłością pędzi na złamanie karku, by zamienić kwitnące miasto w morze gruzów.

 

Wystarczył sam dźwięk imienia Brada, żeby notariusz spanikował, a jego serce w jednej chwili odmówiło posłuszeństwa. Nie wiedział, że Lisa zareagowała tak, jak zareagowała, ponieważ w tamtej chwili przypomniał jej się pierwszy ślub. Był pewien, że jego wybranka rozpracowała cały misterny plan. Tak czy inaczej, sytuacja wymknęła się prawnikowi spod kontroli.

 

Leżąc ogromnie zawstydzony na szpitalnym łóżku, zaczął opowiadać swojej niedoszłej żonie o treści drugiej koperty z testamentem.

 

Okazało się, że ciotka napisała tam, że Brad żyje. Co więcej, od początku wiedziała, że nie zginął. Zataiła to przed Lisą, żeby oszczędzić jej bólu. Nie chciała, żeby cierpiała, mieszkając z człowiekiem, który najwyraźniej postradał zmysły. Musiała coś zrobić, żeby Brad zniknął z jej życia. I prawie jej się to udało.

Miała nadzieję, że jej młoda i piękna krewna szybko znajdzie kogoś nowego i na zawsze zapomni o swoim mężu. Wiele razy błagała w testamencie Lisę o wybaczenie. Wyznała, że całe życie miała z tego powodu potworne wyrzuty sumienia i chciała to wyrzucić z siebie, ale z każdym kolejnym dniem, miesiącem i rokiem było jej trudniej przyznać się do tego, co zrobiła.

 

– Czy to już wszystko? – zapytała cicho Lisa, z trudem dusząc bulgoczącą w żołądku mieszankę żalu, złości i rozczarowania.

 

– Tak, to wszystko – skłamał w miarę gładko notariusz.

 

– A czy ty… czy naprawdę… czy kiedykolwiek mnie kochałeś? – po raz ostatni rzuciła mu koło ratunkowe.

 

Mężczyzna spuścił wzrok w taki sposób, jakby chciał swoją mimiką odpowiedzieć, że przysługuje mu prawo do nieskładania zeznań.

 

***

 

Ciotka napisała prawdę. Brad nie zginął. Nigdy nikomu nie powiedział, co naprawdę stało się na misji. Jedno było pewne. Od tamtej pory musiał żyć ze straszliwym piętnem. Rzeczy, których dopuścił się, będąc tak daleko od domu sprawiły, że z młodego, pełnego entuzjazmu, rozgadanego mężczyzny zmienił się w kogoś, kogo wszyscy powinni omijać szerokim łukiem. Dlatego postanowił zapomnieć o Lisie. Nie zasługiwał już na nią i szczerze wątpił w to, że kiedykolwiek się to zmieni.

 

***

 

Lisa wybrała się pod adres wskazany w testamencie. Przez całą drogę gorąco modliła się o to, żeby to nie było to miejsce, które jako pierwsze przyszło jej do głowy. Jednak jej prośby nie zostały wysłuchane.

 

Otworzyła drewniane drzwi do szopy na narzędzia i cofnęła się. Po chwili ze środka wyszedł człowiek, o którym przez ostatnie czterdzieści lat śniła prawie każdej nocy.

 

– Brad… – powiedziała dość głośno, żeby zagłuszyć dudnienie serca, choć było to zupełnie niepotrzebne, bo w tej właśnie chwili nad miastem przelatywał nisko samolot, a ekipa remontowa brutalnie zrywała asfaltową nawierzchnię z osiedlowej drogi.

 

– Brad, to ty? – powtórzyła raz jeszcze, a potem przytuliła go tak mocno, jakby w te kilka krótkich sekund chciała nadrobić tysiące dni rozłąki.

 

– Dziękuję za ciasto – Brad udał, że nie rozumie, o co tu chodzi.

 

– Kochanie, nie ma za co. Od teraz będę dla ciebie…

 

– Kim pani jest? – Brad zadał Lisie cios, na który nie była przygotowana.

 

– Brad, to ja, Lisa. Byłam twoją… jestem twoją żoną. Mieszkam o tam, w tamtą stronę, spójrz za siebie… – pokazała ręką.

 

– Aha – odpowiedział Brad, nie podnosząc wzroku, po czym odwrócił się, jakby chciał wrócić do swoich zajęć.

 

– Chodź do mnie. Mieszkam sama. Cały czas mieszkałam sama.

 

– Dziękuję, bardzo dziękuję pani za ciasto – odpowiedział mechanicznym głosem, odwracając się, żeby Lisa nie zobaczyła jego zaczerwienionych oczu.

 

***

 

Lisa nie dawała za wygraną. Nie po to czekała całe wieki na tę chwilę, żeby teraz poddać się bez walki. Przychodziła do Brada nawet po kilka razy dziennie. Sprzątała jego królestwo. Podnosiła je z ruin. Przynosiła mu jedzenie. Opowiadała o tym, co przeżyła przez te wszystkie lata. Powoli, milimetr po milimetrze doprowadzała jego świat do pionu.

 

***

 

W końcu, po paru tygodniach Brad zdobył się na odwagę. Dojrzał do tego, by odkryć wszystkie karty. Podczas jednej z kolacji wypalił bez ostrzeżenia:

 

– Nie możemy być razem, to niemożliwe – zaskoczył Lisę w najgorszy możliwy sposób.

 

– Brad, co się stało?

 

– Minęło za dużo czasu. Ja jestem inny niż wtedy. Ty jesteś inna.

 

– To nic, nic nie szkodzi – Lisa próbowała zgasić nagły pożar.

 

– Nie mamy już teraz wspólnych tematów.

 

– Ależ znajdą się, spokojnie – kobieta roześmiała się nerwowo.

 

– Nie możemy wspominać wspólnego życia, bo go nie było. Nie możemy rozmawiać naszych o dzieciach, bo nie zdążyliśmy ich mieć… Nie możemy wracać pamięcią do wspólnych nocy, bo było ich tak bardzo, ale to bardzo niewiele… – wypowiedział chyba najdłuższe zdanie od lat.

 

Lisa wybiegła z domu Brada prosto w lodowatą noc. A Brad ciężko westchnął i rozpłakał się jak dziecko.





Rozdział szósty

 

– Laura, z kim ty tak rozmawiasz od pół godziny? – zza drzwi sypialni dochodził głos mężczyzny w więcej niż średnim wieku.

 

– Z nikim. To nie ja, to telewizor – odpowiedziała drobna, zmęczona życiem kobieta, która od lat bezskutecznie walczyła z chorobą swojego męża.

 

– Przecież nie mamy dwóch telewizorów!

 

– Faktycznie, nie mamy.

 

– Dlaczego nie mamy?

 

– Nie zaczynaj od nowa… Kurier przywiózł paczkę i właśnie opowiada mi taką…

 

– Jaką paczkę?

 

– Przepraszam, to mój mąż – Laura zaczęła się tłumaczyć kurierowi, który siedział przy stole, popijając kawę i zagryzając ją kawałkiem drożdżowego placka – On ma… on jest...

 

– Wiem… – wyrwało się kurierowi.

 

– Słucham?

 

– Yyyy… Na czym to skończyłem? – mężczyzna próbował wybrnął z kłopotliwej sytuacji.

 

– Na tym, że Brad chciał się wycofać.

 

– Ach, tak.

 

– No właśnie, nie rozumiem. Dlaczego odrzucił Lisę? Przecież to było okrutne!

 

– Wie pani jak to jest. Życie to takie drożdżowe ciasto. Każdego dnia dokładamy do niego jeden puszysty okruch. Jeśli wszystko idzie dobrze, to ten okruch codzienności pokrywa się lukrem. Jednak bez tych żmudnie gromadzonych okruchów, bez tych chwil, godzin, dni, miesięcy i lat, które spędzamy razem ze sobą, razem, a nie osobno – nie ma na czym ułożyć warstwy lukru. Tej cienkiej, kruchej warstwy szczęścia. Bez tych okruchów zwyczajnego życia wszystko może się rozpaść.

 

– Coś w tym jest… Czyli Brad zupełnie zostawił Lisę, tak?

 

– Nie do końca… Lisa ochłonęła i z samego rana wróciła z powrotem. Chwyciła Brada za rękę i poprosiła, żeby dał jej godzinę. Pobiegła do swojego domu. Znalazła stare, zniszczone ubrania i założyła je na siebie. A potem znowu wróciła i jak gdyby nigdy nic, wyszła razem z nim na ulicę, pomagając mu pchać wózek z jego „skarbami”.

 

– Czyli chciała mu pokazać, że zrobi wszystko, żeby z nim być, tak?

 

– Tak, postawiła wszystko na jedną kartę. Przez jakiś czas ludzie, których mijali po drodze, myśleli, że przez ten milionowy spadek kompletnie pomieszało się jej w głowie. Parę razy w stronę Lisy i Brada poleciały mało przyjemne słowa. Na szczęście tylko słowa. A z czasem… Z czasem ludzie przyzwyczaili się do nasz… do tego widoku.

 

– Laura! Laura! Z kim ty tak długo rozmawiasz? – mąż nie ukrywał swojego poirytowania.

 

– Wiem, że musi pan już pędzić, ale proszę powiedzieć, o co chodziło z tymi pantoflami? Kto podrzucił je Lisie?

 

– Nie pamiętam, to stare dzieje. Minęło już tyle lat. Mój Boże, tyle lat… Lisa podejrzewała najpierw ciotkę, potem notariusza, a na koniec nawet Brada.

 

– Laura! Chodź do mnie!

 

– O nie, teraz to już naprawdę jestem spóźniony… – kurier spojrzał na zegarek i zaczął zmierzać w stronę drzwi.

 

– Dziękuję za tę historię – powiedziała Laura, żegnając się z mężczyzną.

 

– To ja bardzo dziękuję za pyszny poczęstunek – odpowiedział kurier, całując ją w ręką, a potem wyszedł, lekko kulejąc.

 

Laura zamknęła za nim drzwi i wzięła nóż, żeby wreszcie otworzyć przesyłkę. Zima zbliżała się tak wielkimi krokami, że ciepła czapka ze sklepu internetowego przyszła niemalże w ostatniej chwili.

 

Jakież jednak było zdziwienie kobiety, kiedy zamiast oczekiwanego nakrycia głowy wyjęła ze środka… pachnące nowością skórzane pantofle. Już miała sięgnąć po telefon, żeby zgłosić pomyłkę, kiedy zauważyła, że nadawca dołączył do przesyłki ręcznie napisany list.

 

Założyła okulary i zaczęła czytać:

 

"Droga Lauro, dziękuję za to, że wysłuchałaś mojej historii. Wiem, że Twój mąż jest chory. Wiem, że zachowuje się jak dziecko, że boi się świata, że ten cały świat go przeraża, że na dźwięk telewizyjnych wiadomości o wojnach, gwałtach, zabójstwach i innych złych rzeczach, zaczyna się kulić ze strachu.

 

To nie są zwykłe pantofle. Dzięki nim uratujesz męża. One pomogą ci zmienić świat na bardziej przyjazny dla niego (i nie tylko). Dzięki nim zrobisz rzeczy, które teraz wydają ci się zupełnie nieprawdopodobne. Za ich sprawą twój mąż znowu będzie mógł być taki jak dawniej.

 

Pamiętaj, że prawdziwa miłość jest cierpliwa. Bardzo cierpliwa. I nigdy się nie kończy. Dasz radę! Trzymam za ciebie kciuki!

 

Brad

 

PS. Dlaczego to robię? Bo jak ktoś czuje się kochany, to chce przekazywać miłość dalej. A, i jeszcze jedno, twoja czapka nadejdzie dziś po południu."

 

***

 

Brad wyglądał młodo jak na swój wiek.

Być może przez swoją fryzurę, która razem z zadbaną brodą wyglądała… powiedzmy, że nie rzucała się zbytnio w oczy. Być może z powodu pogodnego uśmiechu, który rzadko schodził z jego twarzy. A może przez swoje dziecięco łagodne spojrzenie, które w kilka sekund potrafiło rozbroić każdego. Trudno powiedzieć, dlaczego, tak było.

 

Zresztą, Brad nigdy nie odpowiadał na pytania o datę urodzenia. W ogóle mało komu zdradzał szczegóły swojego pogmatwanego życia. W zasadzie to chyba nie było żadnej osoby, której pozwoliłby dotykać swoich świeżo zabliźnionych ran. Żadnej – poza Lisą.

 

Kiedy spacerował przez miasto z kobietą, która kochała go bardziej niż do szaleństwa, zdarzało mu się jeszcze od czasu do czasu mruczeć coś pod nosem. Ale Lisa, która od wielu lat troskliwie smarowała jego zbolałe serce balsamem z czystej, bezinteresownej miłości, udawała, że tego nie słyszy...





Koniec części pierwszej

.


# 2019 © Crobbe All rights reserved.